Nauczyciele uczą się feminatywów. Opornie idzie, a młodzi są bardzo krytyczni

polityka.pl

Dariusz Chętkowski

NAUCZYCIELE UCZĄ SIĘ FEMINATYWÓW. OPORNIE IDZIE, A MŁODZI SĄ BARDZO KRYTYCZNI

Nauczycielki i nauczyciele warszawscy otrzymali właśnie poradnik „(Nie)równość płci w języku”. Przeczytam go z uwagą, abym nie musiał pocić się ze wstydu przed uczniami i uczennicami. No i żeby zrozumieć, co się do mnie mówi.

Zawód nauczyciela polega m.in. na dostrzeganiu błędów u innych i poprawianiu ich. Jako polonista muszę być czujny, kiedy ktoś do mnie mówi albo pisze. To tak mi weszło w nawyk, że czuję się jak pies, który reaguje na każdy nietypowy dźwięk. Ostatnio zerwałem się, kiedy usłyszałem na lekcji słowo „gościni” (chodziło o ekspertkę od teatru, która mogłaby do nas przyjść z wykładem). Czy to na pewno jest po polsku?

W pokoju nauczycielskim rozgorzała na ten temat zażarta dyskusja. Mężczyzn w sali prawie nie było, a ci, co byli, przezornie nie zabierali głosu. Ja też nie chciałem się narazić koleżankom (jeszcze coś nieopatrznie powiem), więc tylko słuchałem. Nauczycielki były przeciw. Jakoś im to słowo nie pasowało. Nie chodzi wcale o to, że pierwszy raz słyszą. Wręcz przeciwnie, słyszą dość często, kilka uczennic ma bowiem bzika na punkcie żeńskich nazw. Jednak poza nastoletnimi aktywistkami nikt tak nie mówi. Przynajmniej w naszym środowisku.

Gościni, heroski i bohaterki

Może gdybyśmy były młodsze – dywagowały koleżanki – ale my mamy ponad 50 lat. Trudno zmienić przyzwyczajenia w tym wieku. Dla mnie poprawnie brzmi tylko „gość”, nawet gdy odnosi się do kobiety, natomiast „gościni” brzmi dziwnie. Rozumiem to słowo, ale sama nigdy nie wypowiem. Mam nadzieję, że nie będę musiała. Na szczęście nikt nas nie zmusza, abyśmy mówiły po nowemu. Chociaż ostatnio usłyszałam, że temat „Herosi w kulturze greckiej” jest niepełny. Powinien brzmieć „Herosi i heroski…” (podobnie jak „Bohaterowie i bohaterki powstania warszawskiego”). Na polskim młodzież chce mówić: „romantycy i romantyczki”, „pozytywiści i pozytywistki”, „moderniści i modernistki”? To nie jest język obowiązujący, lecz moda, która przeminie.

Parę lat temu byłem na spotkaniu z Robertem Biedroniem w Łodzi. Nawet zabrałem głos. Ledwo jednak się odezwałem, zaraz zostałem poprawiony przez gościa, ponieważ używałem niewłaściwego języka. Dawno mnie nikt nie poprawiał, szczególnie publicznie, więc mało nie spadłem z krzesła. W ogóle prawie wszyscy używali na spotkaniu takiego języka, który był dla mnie nietypowy, dziwny, wręcz obcy. Biedroń nawet powiedział, że z powodu słowa, którego użyłem, poczuł się źle. Wie, że tego nie chciałem, rozumie, iż tak się powszechnie mówi, ale czy mógłbym inaczej.

Zawstydziłem się i potem bałem odezwać. Czułem się jak mój znajomy, obcokrajowiec, który mówiąc po polsku, wciąż używał słowa „zajebisty”. Komplementował w ten sposób ludzi. Kiedy mu powiedziałem, żeby się pohamował, zdziwił się: „Wszyscy mówią, że mam zajebisty samochód. Myślałem, że to dobre słowo”. Do samochodu pasuje, ale do ludzi, szczególnie moich koleżanek z pracy, lepiej nie mów, że „jesteście zajebiste”, gdyż nie każda odbierze to jako komplement. No więc ja też coś takiego powiedziałem, ale nieświadomie, więc nikt nie robił z tego problemu. Zwrócono mi uwagę i uznano temat za zamknięty. Niestety ja też się zamknąłem. Czułem, że inaczej mówić nie potrafię. To jest zajebiste spotkanie, ale może lepiej nie będę tego mówił głośno.

Nie poprawiać, tylko mówić wzorcowo

Nowe trendy w nauczaniu każą jak najrzadziej poprawiać uczniów i uczennice, gdyż zwracanie uwagi na błędy przyczynia się do ich utrwalenia. Zamiast bezpośrednio poprawiać, należy mówić wzorcowo. Mowa nauczyciela i nauczycielki często jest dla dziecka jedyną okazją do posłuchania poprawnego języka. W domu mówi się zwykle potocznie, na ulicy wulgarnie, a język w mediach to często jedna wielka porażka. Niech więc dzieci chociaż w szkole usłyszą właściwe formy, a wtedy im się to utrwali jako wzorzec. To jednak tylko teoria, rzeczywistość wygląda inaczej. Mowa nauczycielska nie tylko nie jest odbierana jako wzorcowa, ona często razi młodzież. Nie jesteśmy dla młodych autorytetem.

Niejeden nastolatek ma ochotę mnie poprawić, widzę to w spojrzeniach, ale tylko nieliczni są na tyle odważni, aby to zrobić otwarcie. Przeważnie ostentacyjnie wypowiadają właściwe formy, aby wreszcie do mnie dotarło, jak teraz należy mówić. Jak uczennica, która dobitnie powiedziała, że jej znajoma jest „kulturoznawczynią, filmoznawczynią i teatrolożką” (chodziło o kwestię obecności aktorek w teatrze Moliera). Można by ją zaprosić, aby wygłosiła wykład na ten temat i rozwiała nasze wątpliwości.

Jedni poprawiają swoich nauczycieli i swoje nauczycielki, a inni uważają, że jesteśmy niewyuczalni. Kadra jest tak stara, ma tak sztywne poglądy, że nie jest w stanie niczego się nauczyć. A szczególnie oporni jesteśmy – podobno – na zmiany w języku. Młodzież jako przykład podaje przypadek swojej koleżanki, która ma w dokumentach wpisaną płeć męską, ale czuje się kobietą i prosi, aby zwracać się do niej imieniem żeńskim. Prawie nikt z grona pedagogicznego nie potraktował tej prośby poważnie. No więc dziewczyna wciąż słyszy, że jest chłopakiem, co sprawia jej wielką przykrość. Słyszy na każdej lekcji podczas sprawdzania obecności, podczas wywoływania do odpowiedzi, wręcz non stop. Czy tak trudno zrozumieć, że należy się do niej zwracać inaczej?

Dzieciaki są bardzo krytyczne wobec nauczycielskiego języka, gdyż nie wiedzą, jak bardzo on się zmienił w ciągu ostatnich lat. Starzy mistrzowie i stare mistrzynie w tym zawodzie dobrze pamiętają, że był pełen przemocy. Do dziecka w latach 90. zwracano się ostro, inaczej poprzestawiałoby mu się w głowie. „Proszę” i „dziękuję” było rzadkością. To uczniowie i uczennice prosili i dziękowali, natomiast nauczyciele i nauczycielki wydawali polecenia. Dopiero gdzieś na przełomie XX i XXI w. zaczęto zwracać nam uwagę, że dziecko nie jest przedmiotem, więc nie można go przestawiać jak kubek. Należy tak mówić, aby nasz podopieczny i nasza podopieczna czuli się podmiotami, czyli mieli prawo wyboru. No i wyrzekliśmy się krzyku jako metody wychowawczej, nauczyliśmy się uprzejmego języka.

Uprzejma, niekrzykliwa mowa była nowością, tak samo jak dzisiaj w szkole są nią feminatywy, ale nauczyliśmy się jej, gdyż nie było innego wyjścia. Zmieniło się prawo, trzeba było się dostosować. To nie młodzież wywierała na nas nacisk, aby nie używać przemocowego języka, to przyszło do szkół z góry. Zdarzyło się jeszcze parę incydentów, jak choćby taki, że kolega nazwał uczennicę „chorą psychicznie”, a inną „głupią”. Dyrektor udzielił upomnienia, kazał przeprosić dziecko i rodzica, a kadrę pouczył o niewłaściwości używania obraźliwych słów pod adresem uczniów i uczennic. Tak oto skończyła się epoka, kiedy dla dobra dziecka można je było bezkarnie obrażać i poniżać.

Język polski nigdy nie wypierał form żeńskich

Wierzę, iż nadejdą czasy, kiedy posługiwanie się feminatywami będzie tak samo naturalne jak mówienie dzisiaj uczniowi czy uczennicy „proszę” i „dziękuję”. A zwracanie się do dziewczyn i kobiet nazwami męskimi będzie powszechnie odbierane jako niewłaściwe, są przecież formy żeńskie. Będzie odwrotnie niż dzisiaj. To nie forma „gościni” będzie dziwić, ale zdumienie wywoła nazwanie zaproszonej kobiety „gościem”. Oczywiście nauczyciele i nauczycielki muszą zmienić swój język. To nie jest kwestia nauki, lecz raczej przestawienia. Gdy władza oświatowa zacznie wymagać od pracowników i pracownic szkół nowego języka, będziemy go używać. Trudno samemu się zmienić, do tego potrzeba inspiracji, wręcz popchnięcia. Parafrazując słowa Jana Twardowskiego, trzeba zostać przez kogoś „rąbniętym” („Jak cię rąbnę, to we wszystko uwierzysz”).

Obecna jednak władza, pisowska, stoi na stanowisku, że feminatywy są wymysłem lewicowych działaczy i działaczek, zatem posługiwanie się nimi przez grono pedagogiczne byłoby formą deklaracji politycznej. Nie jest to prawdą, gdyż nazwy żeńskie są w polszczyźnie obecne od najdawniejszych czasów. To nie jest nowomowa, jak twierdzi PiS, lecz mowa mająca swoje korzenie w czasach Kochanowskiego. Zwrócił na to uwagę polonista, nauczyciel akademicki Maciej Makselon w wykładzie na temat żeńskich form gramatycznych w staropolszczyźnie. Przykład znalazł nawet w Biblii Wujka z końca XVI w., gdzie tłumacz posłużył się formą „prorokini” do nazwania profesji Debory (Księga Sędziów 4,4). Język polski, nawet w odmianie religijnej, nigdy nie wypierał form żeńskich. Polszczyzna była ich pełna. Te formy wypiera PiS z powodu braku wiedzy i uprzedzenia. Sprawdziłem kilka przekładów Pisma Świętego, w każdym (nie tylko u Jakuba Wujka, ale też w Biblii Gdańskiej z 1632 r., Biblii Tysiąclecia z 1966, Biblii Poznańskiej i Biblii Warszawskiej z XX w.) znalazłem formę „prorokini”. Tylko w Biblii pisowskiej Debora nazwana by została prorokiem.

Dzisiaj nauczycielki i nauczyciele warszawscy otrzymali pomoc do nauki feminatywów: poradnik „(Nie)równość płci w języku”. Przeczytam go z uwagą, abym nie musiał pocić się ze wstydu przed uczniami i uczennicami. No i żeby zrozumieć, co się do mnie mówi. Niedawno złapałem się na tym, że nie bardzo rozumiałem, gdy harcerka zwalniała się z lekcji, mówiąc, że ma spotkanie z „programowczynią” w hufcu w sprawie finału WOŚP. Chciałem powiedzieć, że raczej z programistką, ale na wszelki wypadek ugryzłem się w język. Do diabła, jestem polonistą, a nie znam polskich słów. Przepraszam, kim jest „programowczyni”?

Skip to content