20 mln zł na nowy system oceny matur? Zmiana totalna i totalnie kosztowna

polityka.pl

Dariusz Chętkowski

20 MLN ZŁ NA NOWY SYSTEM OCENY MATUR? ZMIANA TOTALNA I TOTALNIE KOSZTOWNA

Dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej jeszcze niedawno zarzekał się, że niczego nie trzeba zmieniać, gdyż matura według formuły 2023 sprawdziła się idealnie. Teraz okazuje się, że potrzebne są fundamentalne zmiany.

Dyrektor CKE Marcin Smolik wprawił w osłupienie nauczycieli, gdy oznajmił, że potrzebuje 120 mln zł, aby naprawić system sprawdzania matur. Przyznał w ten sposób, że egzaminatorzy wadliwie oceniają arkusze maturalne i chciałby to zmienić, ale nie ma pieniędzy. Tym samym zaprzeczył wcześniejszym twierdzeniom, że system oceniania egzaminów jest bez zarzutu. Jeszcze bardziej osłupiał rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek, na którego pismo w sprawie ewentualnych wad w systemie maturalnym Smolik odpowiedział wołaniem o miliony.

Zmiana totalna i totalnie kosztowna

Dyrektor CKE przejrzał na oczy dopiero teraz, gdy stało się jasne, że dni Przemysława Czarnka jako ministra edukacji są policzone. A przecież jeszcze niedawno zarzekał się, iż niczego nie trzeba zmieniać, gdyż matura według formuły 2023 sprawdziła się idealnie, czego dowodem są wysokie wyniki zdających. Po co zmieniać coś, co przynosi tak dobre rezultaty? Teraz okazuje się, że potrzebna jest zmiana totalna, niezwykle kosztowna. Tu nie chodzi o kosmetyczne poprawki, lecz o postawienie systemu na nogi, bo na razie wszystko stoi na głowie. A taka zmiana słono kosztuje.

Dyrektor CKE obwieścił, o czym większość egzaminatorów dobrze wie od dawna, że są kraje, gdzie arkusze maturalne sprawdza dwóch niezależnych egzaminatorów. Gdy wyniki ich pracy są zbieżne, uznaje się je za poprawne i ogłasza, inaczej robotę trzeba zaczynać od nowa. Taki system sprawdzania to elementarz profesjonalizmu i solidnej roboty, a nie żadne odkrycie Ameryki, jak się panu Smolikowi wydaje. Nieprofesjonalne i skutkujące lichą robotą jest raczej to, co stworzono w CKE. Egzaminatorzy sprawdzają arkusze egzaminacyjne po swojej pracy w szkole, popołudniami i weekendami. Kontrola ich pracy jest pozorna, bo prowadzona przez jeszcze bardziej przepracowanych liderów (jednego na kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu egzaminatorów).

Normą stało się, że w sezonie oceniania liderzy i szeregowi egzaminatorzy pracują przez wszystkie dni tygodnia nieomal cały miesiąc (w dni powszednie prowadzą lekcje i wykonują inne czynności zawodowe w szkole, a w weekendy pochylają się nad arkuszami). Bez jednego dnia przerwy. Żeby nie wyzionąć ducha w tej harówce, trzeba zapomnieć o profesjonalizmie. Teraz dyrektor CKE ogłasza, że potrzebuje 120 mln na stworzenie uczciwego systemu, bo pojedyncze sprawdzanie to pozory rzetelności. No i za uczciwą robotę trzeba by egzaminatorom uczciwie zapłacić. Innymi słowy, system egzaminowania leży i kwiczy, jest więc obawa, że zdechnie. Kandydat na nowego ministra edukacji już się pewnie łapie za głowę.

Ratunek kosztuje 120 milionów

Gdzie był Marcin Smolik, gdy Czarnek lekką ręką rozdawał budżetowe pieniądze szemranym instytucjom? Dlaczego nie wstrzymał ministra, gdy ten realizował partyjny projekt „willa plus”? Dlaczego nie oznajmił wszem wobec, nie tylko ministrowi, ale też opinii publicznej, iż dofinansowania potrzebuje jedna z najważniejszych instytucji oświatowych, ta, na której opiera się gmach edukacji, czyli system egzaminowania absolwentów szkół średnich, kandydatów na studia? Wiedzielibyśmy, że Czarnek bezczelnie realizuje program „willa plus”, a tymczasem CKE woła o ratunek. Niestety dyrektor Smolik nie wołał, tylko ściskał rękę ministra, gratulował i sam przyjmował gratulacje. Teraz okazuje się, że ściemniał, bo system oceniania to pic na wodę i fotomontaż? Ratunek kosztuje 120 mln.

Te pieniądze należy znaleźć, inaczej co roku będziemy fundowali maturzystom pozorny sprawdzian wiedzy i umiejętności, a prawo do studiowania będziemy przyznawali absolwentom liceów i techników, którzy być może wcale się do tego nie nadają. Innym zaś, którzy powinni takie prawo otrzymać, wadliwy system egzaminowania będzie rzucał kłody pod nogi. Trzeba jak najszybciej sprawdzić, czy wyliczenia dyrektora CKE są poprawne, aby się nie okazało, że 120 mln to za mało, a systemu nie naprawi nawet miliard złotych. Zresztą za numer, który wywinął nam wszystkim Marcin Smolik, wmawiając pod skrzydłami Czarnka, iż system jest dobry, nie dałbym mu ani złotówki, a nawet sprawdziłbym, ile publicznych pieniędzy dyrektor do tej pory zmarnował.

Centralna Komisja Egzaminacyjna i podległe jej Okręgowe Komisje Egzaminacyjne to instytucje, w których dialog z egzaminatorami jest zerowy. Funkcjonują na zasadzie: co Warszawa wymyśliła, to prowincja musi bez słowa wykonać. Dyrektor Smolik stworzył system głuchy na głos nauczycieli. Nie tylko nie przyjmuje on słów krytyki w trakcie sprawdzania arkuszy maturalnych, ale nawet nie zbiera opinii po zakończeniu procedury oceniania. Tak się zachowuje człowiek, który realizuje z góry wyznaczone cele, więc opinie pracowników są mu niepotrzebne. Jeszcze by uwierzyli, że można pracować inaczej! Egzaminatorzy opowiadali w maju z zażenowaniem, że próbowali przekazać swoje opinie na piśmie, wysłać zbiorowy list do Smolika, ale byli pacyfikowani ostrzeżeniem, że dyrektor sobie nie życzy żadnych pism, a jeśli ktoś będzie próbował je przesłać, może nie zostać powołany do sprawdzania w następnym roku. Ostrzeżenie należało traktować poważnie. Pan Smolik z egzaminatorami rozmawiać nie chciał i żadnych petycji sobie nie życzył.

Czy dalej będziemy uczyć i egzaminować w hańbie

Było więc oczywiste dla egzaminatorów, że są tylko bezwolnym narzędziem w rękach głównodowodzących w CKE. Mają siedzieć cicho i robić to, co pan i władca każe. Być może w ten sposób Marcin Smolik odreagowywał stłamszenie, jakiego doświadczył z ręki Przemysława Czarnka. Tłamsił nauczycieli, traktując ich jak martwe kukły, bo sam był tak traktowany przez pisowskiego ministra. Czarnek oczekiwał od dyrektora CKE realizowania polityki PiS, udowadniania na wszelkie możliwe sposoby, że likwidacja gimnazjów i przywrócenie czteroletniego liceum to była dobra zmiana. Wyniki matury miały utwierdzić naród w przekonaniu, że PiS się nie myli. Tak dobra matura nigdy by się przecież nie zdarzyła, gdyby nie owa dobra zmiana i rządy Czarnka. Żeby zrealizować to zadanie i wyczarować sukces matury 2023, trzeba było ubezwłasnowolnić egzaminatorów, a samemu zamienić się w kukłę, za której sznurki pociąga PiS. Smolik wywiązał się z tego zadania idealnie. Niestety Czarnek nie będzie dalej ministrem, więc kukła wpadła w panikę.

Dyrektor Smolik odpowiada za to, że podległa mu instytucja zaufania publicznego, jaką jest CKE, nie cieszy się żadnym zaufaniem. Nie tylko nauczycieli, ale przede wszystkim uczniów. Ponad 41 tys. prób podważenia wyniku egzaminu maturalnego w roku 2023 to znak, że zdający nie ufają, iż ich wysiłek jest oceniany rzetelnie i uczciwie przez instytucję państwa polskiego. Młodzież uczy się „pod egzaminy”, aby zadowolić egzaminatorów, czyli de facto owe martwe kukły, które tak sprawdzają, jak im kolejne martwe kukły każą, a na końcu tego obrzydliwego systemu ubezwłasnowolnienia jest Czarnek. Mam nadzieję, że nowy minister edukacji nie wyłoży 120 mln zł na dopracowanie systemu martwych kukieł, bo ten system trzeba rozwalić, a wymagania egzaminacyjne i podstawy programowe zbudować od nowa. Smolika w tej nowej rzeczywistości nie widzę, inaczej będziemy mieli powtórkę ubezwłasnowolnienia nauczycieli i uczniów.

Wołanie o 120 mln to próba odwrócenia uwagi od rzeczywistych problemów w CKE. Instytucja ta ma monopol na tworzenie wymagań egzaminacyjnych, konstruowanie testów sprawdzających wiedzę i umiejętności uczniów, organizowanie przebiegu egzaminów, ocenianie arkuszy egzaminacyjnych, rozpatrywanie odwołań zdających i przyjmowanie skarg. Jednym słowem ma absolutny monopol na egzaminy dla ósmoklasistów i absolwentów szkół średnich. Ambicje tej instytucji sięgają jednak o wiele wyżej, gdyż chce ona decydować o podstawach programowych, o tym, czego się uczą dzieci i młodzież w szkołach. Za PiS to się świetnie udawało, gdyż nauczyciele i uczniowie tańczyli tak, jak im Smolik z nakazu Czarnka grał. Wszyscy podporządkowaliśmy się wadliwemu systemowi egzaminowania, a także systemowi nauczania według podobnie wadliwych podstaw programowych. Miało to służyć – czego liderzy PiS wcale nie ukrywali – przekonaniu młodzieży do programu partii rządzącej. Rdzeniem matury jest pisowska propaganda, metodą trzymanie ludzi krótko za twarz. Zamienianie nas w martwe kukły kosztowało budżet niewiele, natomiast przywrócenie ludziom godności to koszt minimum 120 mln zł. A przecież to dopiero początek znacznie większych wydatków w oświacie. Czy stać Polskę na godną edukację i godne egzaminy, czy dalej będziemy uczyć i egzaminować w hańbie?

Skip to content